Jeden. 2010-01-23 23:35:58

Ostatnio czytałam książkę, gdzie przez cały czas trwania akcji mowa była o odwiecznej walce Dobra ze Złem.
Zastanawiające jest to, że autor podkreślał obecność obu w każdym człowieku, ale to pierwsze niemalże w każdym przypadku - o ile nie w każdym - wywołane było strachem. Strachem przed samotnością, przed niespełnieniem czyichś oczekiwań, przed prawdą na swój temat, karą czy przed niezadowoleniem Boga.
Początkowo uwierzyłam, że skoro Dobro to skutek strachu spowodowanego podsycaniem przed Demony tkwiących w nas obaw, to czym właściwie jest? Przecież to, co wywołały przez negatywne emocje nie może być   d o b r e. A potem przypomniałam sobie o zwykłych, życiowych sytuacjach kiedy podświadomie i bezinteresownie robimy dobry uczynek. Chodzi mi o głupie ustąpienie miejsca starszej kobiecie w autobusie, o pomoc dziecku w przejściu na pasach czy wsparcie pieniężne organizacji, których cele nakładają się na nasze. O tyle o ile w dwóch pierwszych przypadkach może to być spowodowane usilnym wpajaniem przez rodziców zasad dobrego wychowania, tak to ostatnie było naszym świadomym wyborem.
Wpisałam w google słowo będące powodem moich dywagacji i wyskoczyło mi mnóstwo stron, począwszy od słownikowego wyjaśnienia pojęcia 'dobro' (to, co oceniane jest jako pożyteczne, wartościowe, zgodne z nakazami etyki), poprzez nieskończone ilości cytatów i złotych myśli a skończywszy na długich rozprawach filozofów na tenże temat.
Sporo tego, a jednak czytając coraz więcej i więcej, zaczęłam dostrzegać, że każdy pisze co innego, dla każdego dobro jest czym innym. To pojęcie subiektywne, uzależnione od sumienia każdego z nas. A przecież sumienie kształtuje się samo na podstawie tego, co wynieśliśmy z domu, ze szkoły, co obserwujemy w naszym otoczeniu. Jeśli zatem Bóg istnieje, to skąd wie jak sądzić ludzi, skoro nie dał nam jasnej definicji dobra? A jeśli Go nie ma, to po co być dobrym, postępować zgodnie z prawem i być może wbrew swojej woli, kiedy po śmierci i tak nic na nas nie czeka? To byłoby marnotrawstwo daru, jakim jest życie.
Pogubiłam się.


- Kończysz z blantami albo następnym razem nie bierzesz ze sobą tego cholernego zeszytu. - mruknął Mateusz, który od dobrych pięciu minut pochylał się za Naną i uważnie śledził pojawiające się na kartce kolejne linijki tekstu.
- Czep się. Ja wolę zapisać jeśli nagle wpadnie mi do głowy pomysł na genialny biznes a nie zmarnować swoją szansę. - odgryzła się, nawiązując do niedawnej sytuacji, jaka miała miejsce w podobnych okolicznościach. Mateusz, przez najbliższych nazywany Matysem, będąc rozwalonym wygodnie na kanapie w garażu kumpla i będąc na totalnym odlocie, niespodziewanie poderwał się na równe nogi krzycząc z radości i śmiejąc się z rzeczy znanej tylko jemu. Zainteresowani - na tyle na ile mogli być zainteresowani zjarani nastolatkowie, których obchodził własny haj - poczęli jeden przez drugiego wypytywać co się stało. Dowiedzieć się nie dowiedzieli, bo chłopak nie chciał im powiedzieć i zaciskał zęby za każdym razem, gdy któreś z nich próbowało podstępem wyciągnąć z niego pomysł na biznes, który to właśnie opracował. Owym pomysłem cieszył się jeszcze godzinę, a później? No cóż, zapomniał, co było tak genialnym planem (czuł jedynie, że właśnie zaprzepaścił szanse za szybkie wzbogacenie się), czym wywołał ogólną radość przyjaciół.
- Ty nie zapisujesz żadnych ambitnych planów na przyszłość tylko próbujesz bawić się w małego filozofa. - zauważył zgryźliwie, nie mogąc wybaczyć przyjaciółce wypomnienia tamtej sytuacji. - Z filozofii nie ma pieniędzy, a filozofowie dostają wrzodów żołądka od nieustannego zadręczania się pytaniami na które i tak nie nigdy nie znajdą odpowiedzi.
Anna przewróciła szarymi oczyma, przedrzeźniając chłopaka pod nosem, po czym zamknęła oprawiony w czarną skórę notes, będący prezentem od ojca i wstała z fotela, ruszając w kierunku wyjścia.
- A ty gdzie? - zawołał za nią, marszcząc gęste brwi.
- Na dach.
I wyszła, zostawiając chłopaka samego ze sobą.

Dach był miejscem wyludnionym, gdzie nikt nie miał wstępu i nikt przy zdrowych zmysłach nawet wchodzić nie próbował. Dla Nany był to swoistą samotnią, gdzie udawała się gdy nie chciała by ktokolwiek przeszkadzał jej w myśleniu, pisaniu czy, gdy po prostu potrzebowała chwili wytchnienia. Z mieszkania Mateusza wystarczyło wsiąść w windę, wjechać na ostatnie piętro a tam, gdy nikt nie patrzył, otworzyć kluczem drzwi i po kilku schodkach dochodziło się do kolejnych, metalowych, drzwi, ostatniej przeszkody przed wejściem na płaski dach bloku. Widok nie był najciekawszy; skrzyżowanie dwóch wiecznie zakorkowanych ulic z jednej strony i skwer wraz z osiedlowym placem zabaw po przeciwnej stronie. Niby nic, ale Anię od zawsze fascynował miejski gwar. Hałas pędzących samochodów, ich klaksony, gdy ktoś zajechał drugiemu kierowcy drogę, szum rozmów i kroków.
Mogłaby godzinami siedzieć tutaj i wpatrywać się w dół, słuchając odgłosów miasta.
Klucz posiadały trzy osoby; dozorca, Matys i Anka. Z całej trójki tylko ten pierwszy miał prawo owy klucz posiadać. W takim zresztą przeświadczeniu żył i nigdy do głowy mu nie przyszło, że banda gówniarzy odważyłaby się wykraść kluczyk z gablotki wiszącej w jego mieszkaniu, wykonać dwie kopie i odłożyć oryginał na z powrotem na miejsce nim ktokolwiek zdążyłby się zorientować. Nikt w zasadzie nie wiedział, jak Mateuszowi udało się to zrobić, ale niewątpliwie skorzystała na tym cała paczka, zwłaszcza Nana, która to miejsce sobie szczególnie upodobała.
Dziewczyna dwa razy upewniła się, że drzwi za sobą zamknęła na klucz, po czym ruszyła w kierunku parkowej ławki, ustawionej tak, by w spokoju mogła gapić się na przechodniów pod sobą. Z tą ławką też wiązała się pewna zabawna historia. W niedługi czas po odkryciu tego miejsca Inga, drobna, urocza blondyneczka z twarzą niewiniątka i usposobieniem diabła, wpadła na genialny plan, by zmontować coś do siedzenia i stworzyć tutaj swoją siedzibę na czas powrotów ojca Matysa, który jeden miesiąc w roku spędzał w Polsce, by odpocząć i pobyć trochę z synem. Żadnemu z chłopców jednak nie chciało się machać młotkiem, zresztą nie mieli skąd wziąć drewna. Wtedy Inga zasugerowała, że można by 'pożyczyć' jedną z ławek z osiedlowego skweru. Dyskusjom jak tego dokonać nie było końca i zapewne pomysł nie zostałby spełniony, gdyby nie ojciec Barta, który miał własny warsztat samochodowy na Bielanach. Nie chodziło właściwie o samego ojca tylko o kołowrotki, na których podnosiło się silniki co większych samochodów podczas wyjmowania i ponownego wkładania na swoje miejsce. Dwa z nich, starszego typu, dzień wcześniej zostały wymienione na nowsze, zmechanizowane. Zrządzeniem losu było, że Bart miał słabość do wszystkiego co związane z mechaniką i pojazdami a przy tym uwielbiał magazynować w swoim pokoju części do swojego kochanego roweru, połamane blaty desek, znaki drogowe czy tablice z tramwajów. Kołowrotki miały zawisnąć na ścianie tuż pod jego pierwszym bmx'em. Los chciał jednak inaczej i zostały przymocowane raz i na zawsze do wysokiego siedemdziesiąt centymetrów murku, chroniącego ewentualnych gości na dachu przed upadkiem w dół. Z całą akcją wciągania ławki trzeba było poczekać do zmroku a później jeszcze dwie godziny, aby upewnić się, że wszyscy mieszkańcy już śpią. Było lato, więc ciemno robiło się dopiero po dwudziestej drugiej. W pół do pierwszej na osiedlu panował już względy spokój i przygotowana wcześniej szóstka nastolatków wymknęła się z mieszkania Mateusza, rozdzielając się na dwie grupy. Mateusz i Bart ruszyli na dach a Nana z Ingą i Miłą; która jako jedyna znała się na skutecznym wiązaniu lin (jak widać czasem obowiązek spełniania ojcowskiego marzenia córki, która z chęcią pobiera nauki, by później wraz z nim wyruszyć na mazurskie jeziora w rejs żaglówką) i miała możliwość takich lin skombinowania, skierowały się na dół.

Wydawać by się mogło, że wciągana na dach dwunasto-piętrowego bloku ławka powinna zwrócić czyjąś uwagę, ale na naszą korzyść przemawiało słabe oświetlenie wschodniej ściany i brak zainteresowania nielicznych przechodniów. Inga stała na czatach, ja z Miłą zabezpieczałyśmy ławkę linami, które już po chwili Bartosz z Matysem ciągali na górę. Do końca byłam sceptycznie nastawiona do całego tego przedsięwzięcia, ale...UDAŁO SIĘ! Nie mogłam uwierzyć, wciągnęliśmy tą cholerną ławkę na górę i nikt nie zwrócił nam uwagi. Pierwszą noc spędziliśmy w piątkę na naszym dachu pijąc, paląc, po prostu ciesząc się życiem. Zajebisty początek wakacji.

Ania uśmiechnęła się i spojrzała przed siebie. Otwarty dziennik leżał na kolanach dziewczyny a w dłoni trzymała tlącego się papierosa. Od odkrycia tego miejsca minęło osiem miesięcy. Osiem miesięcy i jak do tej pory nikt jeszcze się nie zorientował, że grupa nastolatków bezczelnie przywłaszczyła sobie dach bloku jednego z warszawskich osiedli. I nikt miał się nie dowiedzieć przez najbliższe cztery miesiące.
Cichy sygnał telefonu wybudził Nanę ze wspomnień. Wyciągnęła komórkę z kieszeni jeansów i odczytała sms'a.
   "Podobno niezła impreza w kamieniach. Bądź u mnie o osiemnastej."
Dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie i schowała telefon. Imprezy w kamieniołomach czy innych tego typu lokalach wcale nie były tak fascynujące jak wszyscy mówili. Właściwie to w ogóle nie lubiła bawić się w ten sposób.. Długi czas stania na zewnątrz zniechęcał zwłaszcza przy minusowych temperaturach, ostra selekcja na bramkach i niepewność, że po odstaniu swojego w kolejce zostanie się wpuszczonym, potem światło stroboskopów, zbyt głośna (i nie zawsze dobra) muzyka, drogi alkohol, ścisk, gwar i brak miejsc do siedzenia. Domówki były o niebo lepsze. I tańsze. I zawsze można było się przespać a nie wracać o trzeciej taksówką do domu. Ale nie marudziła i wraz z przyjaciółmi posłusznie chadzała na klubowe imprezy. Wypadało się pokazać. Chociaż raz w miesiącu.
Rzuciła na ziemię niedopałek i przygasiła go butem, po czym podniosła się z ławki i ruszyła w kierunku wyjścia, po raz ostatni spoglądając na zapalające się latarnie. Zaczynał zapadać zmrok, co pod koniec stycznia przypadało w przybliżeniu na godzinę szesnastą. Miała dwie godziny, w tym czasie musiała wrócić od Mateusza do siebie, wziąć prysznic, przygotować się i dojechać do Ingi. A przedtem musiała przekonać Matysa żeby tego dnia nie pił i robił za darmową taksówkę.

skomentuj (5)